Pożegnanie z Kubą

Żadne z dotychczas odwiedzonych przez nas miejsc nie wzbudziło w nas tyle emocji, co Kuba. Początkowe obawy, że samolot spadnie do morza (nie spadł, był tylko opóźniony o 8 godzin), na lotnisku zrobią nam przesłuchanie (o coś pytali, ale nie rozumieliśmy o co i przy piątym powtórzeniu machnęli ręką), a na każdym kroku policjant będzie chciał nas legitymować zupełnie się nie potwierdziły (legitymowali tylko w kantorach, przy zakupie biletów autobusowych, w miejscach noclegu i przy wypożyczaniu rowerów w oficjalnej wypożyczalni, ale policjanci nigdy). Czytaj dalej

Zielono mi… Viñales

Po dusznej Hawanie przenieśliśmy się do zielonego raju. Mowa o dolinie Viñales, którą okalają pagórki o śmiesznie spłaszczonych szczytach. Okolica była bardzo malownicza – niewielkie wioseczki, uprawy tytoniu, kawy i bananów i dużo koni, które w wielu wioskach są jednym z głównych środków transportu. Mnie (Anię) zachwyciło połączenie palm z górami – dość oryginalne połączenie z perspektywy polskiej. Nie zwlekając długo wypożyczyliśmy rowery, by lepiej poznać okolicę. Idealne miejsce na piesze i rowerowe włóczęgi.  Co tu dużo mówić – spokój, cisza, zielono i pełen relaks. Czytaj dalej

Topes de Collantes

Topes de Collantes (góry Escambray)  są osiągalne jedynie dla bardzo sprawnych kolarzy na bardzo sprawnych rowerach górskich, a o nie to ciężko na Kubie. Jedziemy taksówką, która wiekiem zdaje się być bardziej zbliżona do Piotra niż do mnie, w połowie drogi (czyli po 9km) robimy postój, aby kierowca mógł dolać wody pod maskę i schłodzić silnik, chwila wietrzenia i już możemy jechać dalej.

Czytaj dalej

Esta casa no salsa, esta casa rock’n’rolla

Zupełnie, jak w tytule właściciel chaty oznajmił nam, to co wyżej napisałem w pierwszej frazie, druga to już wstawka mojego autorstwa, aczkolwiek pokrywająca się całkowicie z rzeczywistością. Dosłownie tak, po 2 tygodniach pobytu na Kubie przesyconej rytmami salsy trafiamy do hotelu, gdzie małżeństwo koło 30tki okazuje się słuchać rock’n’rolla i jego wszelkich mocniejszych odmian. Po zrzuceniu plecaków i kilku spojrzeniach na plakaty zespołów muzycznych znajdujących się w pokoju obok patio, ze zdumieniem pytam: „Nie słuchasz salsy?” Czytaj dalej

Trinidad – sielankowo i rowerowo

Do maleńkiej pizzerii (jedynej z miejscami siedzącymi, jaką spotkaliśmy na Kubie) zachodzi starszy pan z osiołkiem. Dla siebie zamawia sok z mango, poczciwy zwierzak wsuwa łeb do środka, sprzedawca daje mu bułkę. Staruszek i osioł powoli przeżuwają, odchodzą i wracają na prażącą ulicę. W niewielkim Trinidadzie życie toczy się nieśpiesznie. Mężczyźni poruszają się na rowerach, niekiedy z małżonką na ramie, starsi panowie pchają taczki, z których sprzedają owoce, czasem przejedzie jakiś wóz z koniem, niekiedy spokój przerywa ryk silnika Kamaza lub starego Forda – choć odległe o 4 przecznice słychać je tak, jakby były tuż obok. Czytaj dalej

Viva la Revolucion!

Choć od kubańskiej rewolucji minęło 55 lat, to na ulicach wciąż można spotkać hasła rewolucyjne i podobizny jej przywódców. W każdym mieście, a nawet na wsiach można natknąć się na wypisane zazwyczaj czerwoną farbą Hasta la Victoria siempre, pomniki i pomniczki z pięcioramienną gwiazdą, graffiti o słusznej wymowie ideologicznej powstałe w ramach czynu społecznego dziennikarzy lokalnej gazety, a zamiast reklam, na bilbordach cytaty i zdjęcia Fidela Castro. W każdej większej miejscowości w muzeach można się natknąć na dokumentację partyzanckiej walki w czasie rewolucji. I choć niektóre miejsca wyglądają, jakby dopiero co zakończyła się wojna domowa, to zawsze znajdzie się trochę farby, by namalować na ścianach nieco cytatów.   Czytaj dalej

Oj dana, dana AfroCubana!

Hawana zaskoczyła nas. Pomiędzy zrujnowanymi uliczkami i kolonialną zabudową jest miejsce inne niż wszystkie. Nacechowane magią Afryki, pełną kolorów, śmiechu i rumby. Rozbrzmiewające potężnym dźwiękiem bębnów, tudzież innych instrumentów grających na modłę afrykańską wraz z przeszywającymi do szpiku kości dzikimi okrzykami poszczególnych tancerzy i wokalistów. Czytaj dalej

Auta, samochody, bryki i kabriolety – Foto

Tytułem wstępu. Na Kubie jeździ się wszystkim, czym się da: na rowerze, konno, bryczką, wozami zaprzęgniętymi w dwa woły, Ładami, Fiatami, nieco nowszymi francuskimi autami, a także radzieckimi Kamazami i innymi potężnymi ciężarówkami, które na prowincjach robią za transport publiczny. Zabytkowe Fordy, Pontiaki i Chevrolety też można spotkać – te najbardziej wypasione i zadbane najczęściej służą jako taksówki dla turystów. Zapraszamy do obejrzenia zdjęć! Czytaj dalej

La Habana – miasto wielu emocji.

Hawana – miasto, które wzbudza wiele emocji, wobec których nie sposób pozostać obojętnym. Zachwyt, smutek, żal, fascynację i bezsilną złość. Zapada w pamięć, pewnie na zawsze. Kolonialna zabudowa popada w ruinę, sypią się tynki z niegdyś misternie zdobionych balkoników i gzymsów. Miejsca przeznaczone dla turystów, plac katedralny czy Plaza del Armas są zadbane, kamieniczki stojące przy nich odmalowane, a kelnerzy gorąco zachęcają do skorzystania z restauracji. I co nam się również bardzo podoba, nie dotarła tu wielka komercja – owszem, gdzieniegdzie sprzedają pamiątki, jednak miasto jest przestrzenią dla ludzi, a nie banków, wielkich korporacji, nie kłują w oczy ogromne witryny i podświetlane reklamy z logiem wielkich marek, nie ma McDonald’s a Coca colę można czasem uświadczyć w sklepach dewizowych i niektórych restauracjach. Na Kubie pije się refresco national – do wyboru cytrynowy, pomarańczowy, cola (wymienione wg subtelnego odczucia co do zawartości polepszaczy i aromatów chemicznych). Czytaj dalej