Inna strona Karaibów – Gwatemala

Wyobrażasz sobie złocisty piasek, turkusową wodę, leniwe bujanie w hamaku i przyjaznych, wyluzowanych ludzi? Słońce przygrzewające i pojedyncze chmurki sunące po błękitnym niebie? Niestety… nic z tego nie uświadczyliśmy w Livingston.

Nie wiem którą nogą wstawaliśmy w ostatnim czasie, ale niektóre dni są po prostu złe. Nasz krótki, tym razem czterodniowy pobyt w Gwatemali tak zaszedł nam za skórę, że lepiej byłoby, gdybyśmy od razu popłynęli do Hondurasu. Livingston na karaibskim wybrzeżu Gwatemali przywitało nas kupą naganiaczy w porcie, a zaraz po tym deszczem. Niewielkie miasteczko, ze sporą ilością drewnianej zabudowy oraz knajpkami i sklepikami dla turystów. Bardziej dominuje tu gwatemalska rezerwa i dystans niż karaibskie wyluzowanie, co szczególnie boleśnie odczuliśmy po pobycie w przyjaznym Belize. Nic to, postanowiliśmy dać okolicy szansę i zobaczyć wodospad Siete Altares (Siedem Ołtarzy). Wybraliśmy się spacerem wzdłuż plaży, ledwo dotarliśmy na nadbrzeże to szczęki nam opadły – ogromna ilość śmieci, niczym na wysypisku. I tak sobie szliśmy przez półtorej godziny, niekiedy brodząc po kostki.

Livingston04

To jeden z czystszych kawałków plaży…

Nie wierzę, że do tego stopnia można być obojętnym na otoczenie, w którym się żyje. Ponoć jakiś prąd morski przyniósł te śmieci parę miesięcy temu i objawiły się nagle. Ale do ciężkiego licha czemu nikt tego nie posprząta?! Sterty butów, plastiku, styropianu i wuj wie czego jeszcze leżą tak gęsto, że przez większość spaceru praktycznie nie widzimy piasku. Przecieramy oczy ze zdumienia, gdy okazuje się, że na tych śmieciach zaparkowana czyjaś łódka, a domowe kury, indyki lub świnie wyszukują sobie smakowite kąski, śmieci docierają niemal pod same domostwa i tak sobie leżą, i śmierdzą. Pewnie do czasu aż jakiś prąd morski czy sztorm zabierze je  z powrotem i poniesie nie wiadomo dokąd.

Siete altares

Siete Altares

Siete Altares

Siete Altares

Wodospad choć piękny, prawdziwa oaza spokoju i zieleni, nie uratował dnia, bo nie było żadnej łódki i trzeba było wrócić tą samą drogą. No to szliśmy, oddając się refleksji na temat bezsensu tworzenia jednorazowych i byle jakich produktów, które szybko się psują, nie ma gdzie ich składować i w efekcie lądują w morzu, są palone w ogródkach, ale nic to, ważne, że gospodarka się kręci.

Włażąc na wodospad

Włażąc na wodospad

Na domiar złego przez te cztery dni, niemal każdy przewoźnik próbował nas oszukać na niemałe kwoty, Murzynka poprawiająca Piotrowi warkoczyki w połowie pracy (czytaj pół łba zaplecione, a pół rozczesane) zmieniła zdanie co do ceny, hotelowa pani ponownie domagała się zapłaty za noc, za którą już zapłaciliśmy, a jedyne kontakty międzyludzkie polegały na nachalnych próbach wciśnięcia nam łódki lub marihuany. Totalna porażka. O ludzie Gariufuna możemy powiedzieć tylko, że tam jest i to by było na tyle. W przeciwieństwie do Belize każdy sprawiał wrażenie zajętego sobą, śpieszącego się lub totalnie zobojętniałego (wyjątek dla jednego dilera marihuany, który zaczepiał nas średnio cztery razy dziennie i za każdym razem sprawiał wrażenie zdziwionego, że nie chcemy oferowanego towaru).

Domki nad Rio Dulce

Domki nad Rio Dulce

Najbardziej karaibska z tego wszystkiego okazała się malutka forteca Castillo San Filipe, mająca chronić Jezioro Izabal od najazdów piratów. Forteca znajduje się…. półtorej godziny drogi łodzią od morza.

San Filipe koło Rio Dulce

San Filipe koło Rio Dulce

A więcej zdjęć (nie tylko śmieci) w galerii:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s