Gwatemala da się lubić

Już przeszło tydzień minął jak przekroczyliśmy granicę meksykańsko – gwatemalską, trochę z obawami, trochę podekscytowani, trochę smutni, że wyjeżdżamy z Meksyku. Dotychczas, nie mieliśmy czasu o tym napisać, bo… odrabialiśmy lekcje wieczorem. Dojechaliśmy nocnym autobusem do Tapachuli, rano okazuje się, że razem z nami, jechało dwóch komików (pajacos – którzy są nawet uwiecznieni na zdjęciu w tym wpisie). Wesołe chłopaki, jadą do stolicy Gwatemali na festiwal cyrkowy. Wypijamy poranną kawę i razem udajemy się taksówką na granicę. Dobrze, że byliśmy razem, bo granica okazała się nieco chaotycznym miejscem. Niby jest most, strażnicy z bronią, rogatki, ale nie przeszkadza to w niczym, żeby gwatemalscy naganiacze obskoczyli nas jeszcze na meksykańskiej stronie. W dole płynie rzeka, a pogranicznicy ze stoickim spokojem przyglądają się jak ludzie w samych gatkach, z pakunkami na głowach walczą z nurtem, aby dostać się do Meksyku – bez pieczątek. Kontrola po stronie gwatemalskiej jest nie lepsza – celnik dwa razy klepie dłonią w plecak i stwierdza, że ok – nie wiem jakiś skaner miał w dłoniach? Przecież mógłbym praktycznie wszystko przewieźć. I wreszcie nikt nas nie pytał dlaczego, po co byliśmy na Kubie i czy jesteśmy pewni, że jesteśmy turystami?

Planowaliśmy udać się w stronę Lago Atitlan, ale nowo poznane „pajace”, jadą do Gwatemali. Szybki rzut oka na mapę, ok, jedziemy jeszcze kawałek z nimi, niech będzie Antigua. We czwórkę łapiemy taksówkę w przyzwoitej cenie i już jedziemy do miasteczka w pobliżu granicy, bo jak zapewnia taksówkarz tam jest autobus. Na miejscu okazuje się, że nie ma nic bezpośredniego, ale za dodatkową kasę zawiezie nas tam, gdzie jest. Na placu, bo trudno to miejsce nazwać dworcem jest tylko jeden autobus do stolicy,(jest też toaleta, która o mało nie wygrała w kategorii najbardziej hardcorowy kibel w naszej podróży). Kierowca z kolei twierdzi, że tam, gdzie mówił taksówkarz autobusu nie ma, ale on nas może wyrzucić po drodze. Nieco skonsternowani tymi sprzecznymi informacjami, stwierdzamy, że skorzystamy z tej opcji.

Za oknami nieco inny świat. Drogi wąskie, niekiedy wyboiste, więc wleczemy się  żółwim tempem przez wioseczki, za oknem co jakiś czas rzeki, a w nich kobiety robiące pranie i kąpiące się dzieciaki. Na pierwszy rzut oka jest biedniej niż w Meksyku. Po paru godzinach kierowca wysadza nas na rozdrożu i mamy okazję pierwszy raz przejechać się chicken busem. Już rozumiemy czemu się tak nazywają, udaje nam się wsiąść dopiero do drugiego, bo ludzie są tu poupychani jak kurczaki jeden na drugim, większe bagaże na dachu, a ci, dla których zabraknie miejsca stoją na drabinkach lub wystają z autobusu – generalnie jest wesoło. Po niecałej godzinie wreszcie jesteśmy u celu.

Chicken busy

Chicken busy

W Lonely Planet wypatrzyliśmy informację o bezpłatnym noclegu, koło policji turystycznej, no to skorzystaliśmy, nie mniej opcja tylko dla desperatów finansowych – bardziej masakrycznych łazienek, jak na razie nie spotkaliśmy w naszej podróży i mam nadzieję, że nie spotkamy. W nocy leje, a my odkrywamy, że w naszym namiocie też pada deszcz. Szlag by to. Rano postanawiamy znaleźć jakiś sensowny nocleg i w rezultacie kończymy mieszkając u gwatemalskiej rodziny, ucząc się hiszpańskiego. Jest prawie jak na squocie, za dnia przewija się tyle osób, że choć mieszkamy tu już tydzień wciąż nie łapiemy kto jest kim, kto tu mieszka na stałe, kto się tylko stołuje, a kto wpadł po prostu pogadać i czyje są dzieci, co się kręcą po domu.

Nasz pokój też odbiega od ideałów, ale i tak mamy szczęście, bo gdy leje, to nam nie pada przez sufit (tak jak na przykład w jadalni). A karaluch, którego Piotrek widział w łazience jest na tyle dobrze wychowany, że nie wchodzi nam do pokoju. Nie mniej rodzina jest bardzo sympatyczna, nieźle karmi, a my mamy świetną okazję poćwiczyć hiszpański i dowiedzieć się co nieco o życiu tutaj. W zasadzie te drobne niedogodności są niczym w porównaniu z życzliwością i wesołą atmosferą, z którą się spotykamy.

1 września, Afriki, jak wszystkie polskie dzieci, rozpoczęły naukę. O 9 rano przyszli nasi nauczyciele, przedstawili się, poczym wręczyli długopisy i zeszyty. Ania ma lekcje z Francisco, który niesamowicie ciekawie opowiada o historii swojego kraju i jego bieżących problemach, a Piotrek uczy się z Juanem Carlosem, który jest też instruktorem salsy. Lekcje mamy od śniadania do obiadu, a potem czas wolny lub wychodzimy z nauczycielami odwiedzać ciekawe miejsca. W ogóle nauka jest bezstresowa – to Twoje pieniądze i Twój czas, jak go wykorzystasz zależy od Ciebie. Możesz w połowie lekcji zaproponować nauczycielowi spacer i zrobić sobie dwugodzinną konwersację, zahaczając o lodziarnię, możecie iść razem do muzeum, gdzie opowie Ci o ekspozycji. Pełna elastyczność i po tygodniu widzimy zauważalny postęp. Zdecydowaliśmy się, więc na kolejny tydzień.

Francisco i Ania

Francisco i Ania

Kolejnym ciekawym przeżyciem było odwiedzenie publicznego szpitala. Dawno temu Piotra ugryzł jakiś owad, brzydko to wyglądało, więc kupiliśmy maść w Meksyku w aptece, potem musieliśmy wyjechać z kraju i dopiero w Gwatemali wróciliśmy do tematu ugryzienia. Nasza rodzinka zasugerowała wizytę w Nacional Hospital, na pogotowiu. I tu nam opadły kopary z kilku powodów. Badanie odbyło się w poczekalni, która zarazem była salą zabiegową, gabinetem i recepcją. O ochronie danych osobowych, prywatności i innych tego typu aspektach zapomnijcie. Piotrek zdjął więc przy wszystkich koszulkę, prezentując swą goliznę sporej gromadce oczekujących. Pani doktor posadziła nas na ławce obok innych po czym zrobiła wywiad. Po pół godzinie wywołano nas do zabiegu – 3 zastrzyki antyuczuleniowe zrobione (niezbyt wprawnie) przez młodziutką pielęgniarkę, którą nadzorowały dwie niewiele starsze (zdążyłem luknąć, że igły to na szczęście jednorazówki, ale zastrzyki wykonuje się tu bez rękawiczek – Piotrek). Potem o nas zapomniano na półtorej godziny, więc mieliśmy okazję poobserwować trochę. W międzyczasie obok nas chłopaczkowi zszyto głowę, nastawiono parę zwichnięć, zajęto się czkawką niemowlaka, lekarze pokomentowali różne zdjęcia z rentgenów, a gdy zapytałam czy już możemy sobie iść, to musieliśmy poczekać na doktor, która sporządziła do końca dokumentację. Wizyta w 100% procentach bezpłatna dla każdego, co nas ujęło za serca, bo na pierwszy rzut oka widać, jak niedoinwestowana jest służba zdrowia, co więcej nikt z potrzebujących nie został odprawiony, jako przypadek „za mało poważny” na pogotowie. I co nie mniej ważne, pomimo lipnych warunków, tłoku, to personel jest pełen życzliwości i cierpliwości do pacjentów – czego niestety nie można powiedzieć o niektórych naszych szpitalach czy przychodniach.

Tak więc siedzimy w Antigua (ktoś wie jak to odmienić?), uczymy się, wdajemy w uliczne pogawędki, buszujemy po targu (Uaaa! Używane Levisy za 16zeta, a nowe Conversy lub ich udana podróbka za 40) i dochodzimy do wniosku, że póki co Gwatemala da się lubić.

gwa03

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s