Życie na streecie 2 – ludzie i bazary

Często piszemy, że snujemy się po ulicach, tudzież siadamy na ławkach, skwerkach i innych murkach Co w tym takiego ciekawego? Wszystko! Tutejsze ulice wprost tętnią życiem i potrafią być bardziej ciekawe niż muzea! A poza tym ileż można oglądać kościoły i muzea? Prawdziwe życie rozgrywa się na ulicy i bez pardonu ukazuje swoje realia.

Tu można spotkać dosłownie każdego albo kupić prawie wszystko lub zobaczyć trochę odjechanych scen obyczajowych takich jak np. bezdomny koleś śpiewający z kapelą grającą rocka pod katedrą w Oaxaca. Koleś uderzył do wokalisty poprosił o mikrofon i za chwilę jechał Santanę. Ze strony publiki nie zauważyłem zachowania podszytego szyderstwem, owszem trochę uśmiechów i rozbawienia, ale zero oceny czy wyśmiewania; więcej było życzliwego dopingu. Totalny luz, choć sceneria była trochę jak z Monty Pythona. Niesamowita różnorodność postaci, obiektów i scen, wiec my jak te dzieci ulicy spędzamy tam większość naszego czasu. Zabytki zaczynają nudzić- ludzie chyba nigdy, zawsze mnie będą fascynować i wzbudzać emocje łącznie z typem „Hello my friends, I’ll make you good price”, którym mam czasem ochotę odpowiedzieć „Fuck off”. Wiec jedziemy z tematem, czyli pytania do życia, o życiu tudzież inne rozkminki natury egzystencjalnej.

Rock'n'roll, Oaxaca

Rock’n’roll, Oaxaca

Życie toczy się na zewnątrz, popołudniami i wieczorami są dosłownie tłumy, a co za tym idzie masa miejsc, w których można coś przekąsić, sporo osób, które gotowe są ten tłum zabawiać i / lub zarabiać. I sporo rzeczy do oglądania. Street tętni życiem, urzeka, zaskakuje albo nudzi i zniesmacza.

Jak oryginalnie! Muszla nad morzem - La Paz

Jak oryginalnie! Muszla nad morzem – La Paz

Najnudniejsze ulice, to wbrew pozorom nie w „Miasteczkach, w których absolutnie nic się nie dzieje”, bo nawet jak nic się nie dzieje, to można znaleźć kogoś miłego do pogawędki czy popatrzeć jak sobie życie leniwie płynie lub rozpłynąć się w spokoju bez poczucia czasu wtopić się w tło. Najgorsze dla nas są miejsca wypicowane dla (głównie amerykańskich) turystów. Taki deptak w La Paz chociażby, zadbany, całkiem miły dla oka, trochę kiczowatych akcentów i drogie knajpy, a człowiek zaczyna się czuć trochę nieswojo w sandałach trekkingowych zamiast w jakiś delikatnych butkach z perełkami czy innymi kwiatuszkami (Ania). Mi z kolei na rękę ten fakt – gorszy ubiór, mniej nagabywania ze strony handlarzy fajansiarzy. Z którymi możesz pogadać tylko o tym, że nie chcesz ich produktów i to by było na tyle.

Na targu w Tlcolula

Na targu w Tlcolula

To, co lubią Afriki, to niekoniecznie piękne i odnowione domy, ale zwykłe życie, ze szczyptą koloru. Prawdziwą orgią dla zmysłów są targi i bazary, na których można zobaczyć  wszelaki asortyment produktów, a także niedrogo zjeść.  Kupić można wszystko: pamiątkę, sitko, zioła dla zdrowotności, jedzenie, środek na karalucha, eliksir mający moce magiczne, sukienkę tradycyjną lub „made in china” albo żywego indyka – do wyboru do koloru. Uliczne sklepy nie ustępują kolorytem, a w takich miejscach jak np. Oaxaca co chwilę przykuwają wzrok kolorowe figurki, tekstylia, jedzenie z wózków i obnośni handlarze. Na placach natomiast do tego malowniczego chaosu dochodzą jeszcze grajkowie, klauni, znachorzy, ludzie protestujący z jakiejś okazji itd.

Jednoosobowy sklep mięsny

Jednoosobowy sklep mięsny

Rękodzieło

Rękodzieło

Po jakimś czasie zwracamy uwagę, że w zasadzie to prawie wcale nie widzimy pijanych, czy wręcz zataczających się ludzi. Nawet jeśli jest akurat jakaś fiesta w okolicy. W Polsce częstym widokiem jest długa kolejka do piwa, pełno plastikowych kubków i pod wieczór masa zawianych kolesi i nie tylko. Tu jest inaczej. Meksykanie wychodzą całymi rodzinami, spokojnie taka gromadka może liczyć 10 osób i więcej, rozmawiają, śmieją się, jedzą, potem przekąszają, jest bardzo spokojnie i familijnie. W zasadzie nie widzimy, żeby ktoś kogoś zaczepiał, czy leżał zalany na ławce. Ulica zaskakuje też połączeniami, które w Polsce wydają się mało prawdopodobne. Starsze małżeństwo elegancko ubrane wdaje się w pogawędkę  z kolesiem, który ma dready do pasa i drugim, innym też mocno alternatywnie wyglądającym. W całym tym dyskursie miejscowy pijak, też bierze udział wzbudzając gromkie salwy śmiechu (jedyny zawiany na całym Zócalo w tym dniu), traktowany trochę z przymrużeniem oka przez rozmówców, aczkolwiek życzliwie. No i oczywiście nie brakuje tu dzieci radośnie plątających się pod nogami między dorosłymi, a ci je życzliwie zagadują, łaskoczą, bawią się z nimi. Ludzie są tu znacznie bardziej otwarci na kontakt. Nawet jak idziemy ulicą, to osoby, które pierwszy raz w życiu widzimy witają nas, pozdrawiają. Zawsze znajdzie się ktoś z kim można uciąć pogawędkę. I nie jest to drętwa bajera typu cytuję: ,,Do naszego miasta nie przyjeżdżają biedni, hipisi itd.” Chciałoby się odpowiedzieć: „To postawcie sobie kolejnego Maca i gabinet figur woskowych, bo wasze uśmiechy są sztuczne.”

Żółw na odpady organiczne, foka na pozostałe - La Paz

Żółw na odpady organiczne, foka na pozostałe – La Paz

Niekiedy wdajemy się absurdalne rozmowy. Siedzimy na krawężniku z Japończykiem, który mieszka w naszym hostelu i dorabia masażami na ulicy, Meksykańska sprzedawczyni zagaduje go, rozmowa schodzi na religię.

– Jesteś Katolikiem?

– Nie. Buddystą.

– A co to jest?

– No, że istota Boga jest wszędzie, w każdym z nas.

– Aha! Czyli jesteś Chrześcijaninem, tak jak i my. – stwierdza zadowolona.

Po chwili sprzedawczyni wyciąga wodę w butelce i wypija, poklepując się po brzuchu. Po czym wyjaśnia:  „Woda święcona, od Boga, gdy ją piję, będę zdrowa.”

Garkuchnie w Oaxaca

Garkuchnie w Oaxaca

Ulice Meksyku przypominają tutejszą kuchnię, niezwykle barwne, ale też z nutą ostrości. Jest siódma rano, siedzimy jak zombie pod katedrą w Oaxaca, dopiero co doczłapaliśmy się tu z autobusu. Rozglądając się czy ktoś wreszcie otworzy jakiś przybytek z kawą, naszą uwagę przykuwają małoestetyczne płachty w przeróżnych kolorach, wyglądają, jakby nakrywały jakieś niewielkie stragany. Po chwili folie się unoszą, a z pod nich wyłaniają się całe rodziny. Mama, tata z trójką dzieci albo starsza pani, prawdopodobnie z córką i wnuczętami. Wszyscy ubrani w tradycyjne stroje. Na chodniku faktycznie leżą towary na sprzedaż – plecaki, biżuteria, tekstylia. Sprzedawcy idą do toalety i po chwili już rozkładają swój kram. Widzimy ich każdego dnia, nie wiemy czy mają jakiś dom, ile nocy pod rząd śpią ze swoimi rodzinami pod plandeką.

Sprzedawczynie w sobotni wieczór

Sprzedawczynie w sobotni wieczór

Kolejny obrazek, który mocno został nam w pamięci to sobota na placu przy kościele dominikańskim. Ślub, mnóstwo osób ubranych bardzo elegancko w tutejszym znaczeniu, czyli panie w sukniach do ziemi z falbanami lub cekinami – takie księżniczkowate sukienki, które miała moja (Ani) lalka Barbie.  Między gośćmi kręcą się indiańskie młode kobiety z handlem przenośnym, nic specjalnego – papierosy na sztuki, lizaki, batoniki. Jedna przykuwa nasza uwagę – na oko nastolatka, ale z dzieckiem w chuście i drugim prowadzonym za rękę. Kręci się między gośćmi proponując swoje towary, jak dziewczynka z zapałkami, ale w sumie jest niewidoczna. Mijając ją, widzę, że gdzieś tam w oczach innych wypatruje zmiłowania i szansy na zarobienie paru groszy, aczkolwiek ton głosu wcale tego nie wyraża. W całej pięknej scenerii pojawiają się obrazki, które ściskają za serce. Stare, przygarbione kobiety sprzedające jakieś błyskotki lub szmatki, których tu pełno na każdym rogu. Młodziutkie mamy przygarbione od ciężaru, który niosą. Większość z tych osób nosi tradycyjne, indiańskie stroje. Większość z tych osób jest biedna. I potem tak jakoś dziwnie, gdy w muzeach oglądamy wspaniałe wyroby, czy zwiedzamy kolejne ruiny, świadczące o dawnej świetności kultury tych ludzi. Nie wiem do końca, ale mam poczucie, że programy społeczne mające na celu zasymilowanie rdzennej ludności ze społeczeństwem i podniesienie jej poziomu życia są przez władze Meksyku zaniedbane, a marginalizowani Indianie przeżywają kolejna konkwistę – teraz turystyczną. No cóż lepiej inwestować w deptaki i sklepy dla turystów z USA.

Kobieta i jej kram

Kobieta i jej kram

Więcej zdjęć w galerii:

4 uwagi do wpisu “Życie na streecie 2 – ludzie i bazary

  1. Właśnie, dobrze, że jesteście, bo już myślałem, że może narko Was porwali i gdzieś szprycują albo sprawdzają terapeutyczne umiejętności w tej sferze ;)P

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s