Ale Meksyk! – Chaos A.D. 2014

Wpis o tym, jak powiedzenie „Ale Meksyk!” wygląda w praktyce w stolicy tego kraju. Zaczniemy jak w bajce. Pośród gór i dolin, na brzegu jeziora Texcoco zamieszkali Indianie ze szczepu Aztlan, zwani także Mexicas. I wszystko byłoby dobrze, ale przyszedł biały człowiek, niosąc wiedzę, kulturę, cywilizację i ład. Coś chyba jednak poszło nie tak, bo wyrasta 24 milionowy moloch zwany District Fedreal – Ciudad de Mexico. Witajcie w Babilonie!

Katedra

Katedra

Wysiedliśmy na dworcu południowym – trzeba jakoś dojechać do centrum. Jazdę metrem należy zaliczyć do sportów ekstremalnych z nutą narodowej fantazji, czyli wszystko naraz: tłok, długie postoje nie wiadomo po co i dlaczego (czy w metrze mogą być korki? Zna się na tym ktoś?), a w tym wszystkim handlarze, donośnymi głosami dziarsko reklamujący swój towar. Nawet jak się wydaje, że nikt się już nie wciśnie, to taki sprzedawca zawsze da radę wejść, ba! Nawet obejdzie pół wagonu reklamując orzeszki, pirackie płyty, maszynki do golenia, baterie a nawet metrową Matkę Boską z Gwadelupy. Normalnie chciałoby się zaśpiewać: „kolorowe jarmarki i blaszane zegarki, baloniki na drucikach, koguciki na patykach”. Ale niestety stoisz oniemiały, walcząc o swój kawałek podłogi i możliwość chwycenia się czegokolwiek. Za dwie albo trzy stacje będziesz chciał wysiadać, dobrze to ustalić ze swoimi współpasażerami, bo w kupie siła, a przy wysiadaniu hardcore, gdyż wsiadająca ciżba, nie uwzględnia czegoś takiego jak, przepuszczenie wysiadających. Tak więc tłum faluje, a w ruch idą łokcie i barki.

Mieszkaliśmy w pobliżu Plaza de la Revolucion, na którym nie wiedzieć czemu każdego popołudnia i wieczora grały tą samą melodię różne grupy młodych, zapalonych bębniarzy i trębaczy. Zdarzało się nawet, że w tym samym momencie grały trzy różne orkiestry, niestety w sposób nie skoordynowany ze sobą nawzajem. Jeśli dodamy do tego jeszcze grupę hip-hopowócw i break deanceowców, która na cały regulator puszczała swoje kawałki, to tworzy się niezła kakafonia.

Jestem muzykantem konszabelantem

Jestem muzykantem konszabelantem

Kolejnym interesującym wątkiem, którego nie idzie pominąć, to kwestia dostępności niektórych obiektów. Na przykład 4 razy próbowaliśmy dostać się do Palacio Municipal, raz było za późno, drugi raz nieczynne dla zwiedzających, trzeci raz metro stało w korku, a przy czwartym podejściu, przyleciał prezydent Japonii i w ogóle nie można było zbliżyć się do budynku, gdyż był cały obstawiony wojskiem i policją, wyglądającą jak Wojownicze Żółwie Ninja – w maskach na twarzach z otworami na oczy, pałkami, pistoletami, karabinami i masą innych, groźnych gadżetów. Niestety, nawet strona internetowa pałacu, nie informuje, kiedy go można zwiedzać, albo z jakich powodów jest w danym dniu niedostępny.

Teotihuacan

Teotihuacan

To samo przydarzyło się nam w słynnym Teotihuacan. Zwlekliśmy się o 6 rano, żeby dotrzeć tam przed tłumami, jechaliśmy półtorej godziny, po to, by się dowiedzieć przy zakupie biletu, że wstępu do części z piramidami nie ma. To sobie popatrzyliśmy z daleka na Piramidę Słońca i japońską delegację obradującą na jej szczycie.

Dalej przejścia nie ma

Dalej przejścia nie ma

Dość zestresowani tym wszystkim, przytłoczeni odległościami, tłumem, ilością sprzedawców wszystkiego (i we wszystkich możliwych miejscach) skorzystałem (Piotr) z propozycji oczyszczenia aury. Zabieg taki oferują Indianie na głównym placu przed katedrą. Orzeźwiający zapach palonych ziół był remedium na cały ten chaos, jakim nas ten meksykański Babilon uraczył.

Odnowa w duchu świętym (indiańskim)

Odnowa w duchu świętym (indiańskim)

Całość dopełnił pokaz indiańskich tańców, w tradycyjnych strojach i pióropuszach. Nawet jeśli to trochę cepelia, to fajnie, że kultywują swoją tradycję. Ciekawe, czy jakby w Polsce tańczono na ulicach oberki i krakowiaki, to też miałby takie wzięcie?

Indiańskie tańce przy katedrze

Indiańskie tańce przy katedrze

Po niewypale z Teotihuacan ukojenia poszukaliśmy u Matki Boskiej z Gwadelupy, a droga do niej usiana była amerykańskimi fastfoodami i sklepikami z dewocjonaliami. Sklepiki były, jak to w Meksyku, kolorowo, głośno i na bogato – figurki z pulsującymi aureolami lub grające pieśni religijne (w tonacji Nokia), a w okolicach Bazyliki szereg miejsc, w których można zrobić sobie (odpłatnie) zdjęcia w pobożnej pozie, przy figurce. Choć jest napis jak byk, że zakaz wnoszenia produktów spożywczych, nie przeszkadza to sprzedawcom tacos, chrupków i soczków ustawić swoich kramików, a część wiernych chodzi od kościoła do kościoła z wielkim kubkiem napoju lub z nachosami pod pachą. Radośnie temu wszystkiemu akompaniuje pieśń „Barka” w wersji hiszpańskojęzycznej, dochodząca z co najmniej kilku różnych magnetofonów. I łapiesz się za głowę: „Matko Przenajświętsza zabierz mnie stąd!”.

Można zrobić sobie zdjęcie z papieżem przy ołtarzyku

Można zrobić sobie zdjęcie z papieżem przy ołtarzyku

Jest kilka miejsc, w których można odetchnąć od zgiełku, cepelii i zalewu tandety. W mieście są niesamowite murale, ciekawe muzea np. Antropologii, w którym można się przenieść w inny świat, oglądając ekspozycje różnych kultur indiańskich; ruiny ogromnej piramidy Templo Mayor, na gruzach, której wyrosło miasto wraz (albo jak kto woli, niestety) z katedrą. Widać w nich wielorakość i różnorodność meksykańskiej kultury, co wprawia w zdrowe zdumienie i zachwyt.

Co się paczysz, gdy ja pacze?

Co się paczysz, gdy ja pacze?

Murale w San Ildefonso

Murale w San Ildefonso

mek16

A więcej zdjęć w galerii:

2 uwagi do wpisu “Ale Meksyk! – Chaos A.D. 2014

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s