Pico de Orizaba, czyli o tym, jak nic nie zdobyliśmy, ale i tak było fajnie.

Pico de Orizaba, zwany też Citlaltépetl – wulkan i zarazem najwyższa góra Meksyku. Osiąga wysokość 5 636 m n.p.m. Przy dobrej pogodzie widać go z oddalonego o jakieś 120 km Veracruz. To wprost niesamowite, jak się teren wypiętrza na tak krótkim odcinku. Postanowiliśmy zobaczyć osobiście… Znacie takie powiedzenie, jak człowiek chce rozśmieszyć Boga, to robi plany?

Już w Oriazbie postanowiliśmy, że najwyższa pora na trochę trekkingu. W tym celu przeszukaliśmy miasto wzdłuż i wszerz, żeby kupić gaz do kuchenki, dokładną mapę, a nie było to łatwe zadanie. Nie stawialiśmy sobie za cel wejścia na sam szczyt, bo powyżej 4 500 m. n.p.m. Zalega śnieg, mało tego, od północnej strony znajduje się lodowiec. Nie mniej, chcieliśmy troszkę połazić z namiotem po okolicy, dojść do przełęczy albo nawet granicy śniegu, być może wejść na sąsiednią Monte Negro – z największym teleskopem w Meksyku i zarazem piątą, co do wysokości górę w tym kraju. W Orizabie zaopatrzyliśmy się ponadto w batony, orzechy, konserwy oraz meksykańskie „chińskie” zupki do zalewania wrzątkiem. Ba! Nawet spory zapas wody kupiliśmy, co znacznie obciążyło nasze plecaki i tak wyekwipowani ruszyliśmy na dworzec. W autobusie, jako jedyni biali stanowiliśmy dużą atrakcję, początkowo wzięto nas nawet za misjonarzy 😉 Po przesiadce docieramy do Atzitzintli – mieściny, w której absolutnie nic się nie dzieje i miny nam rzedną. Jak na razie pora deszczowa nie naprzykrzała nam się zanadto, ale tu jest zupełnie inaczej. Lądujemy w strugach deszczu na rynku, pioruny walą jeden za drugim, a wspomnianych wyżej szczytów nie widać wcale zza kłębów ciemnych chmur. Do tego zimno jak diabli, a to dopiero 2 700 m n.p.m. Po rozmowie z właścicielką jedynego w mieście hoteliku, zapada decyzja, że trekkingu z biwakiem na ok. 4000 m n.p.m. nie będzie, ponieważ w obecnej porze jest to zbyt ryzykowne (codzienne burze, osuwająca się ziemia itp.).

Pora deszczowa - już prawie nic nie widać

Pora deszczowa – już prawie nic nie widać

Lądujemy, więc w pokoiku i ciężko nam pogodzić się z myślą, że biwaku nie będzie, robimy więc biwak w pokoju. W ruch poszły garneczki, butle i palniki, po czym nastąpiła degustacja zupki chińskiej w meksykańskim wydaniu. Dochodzimy do wniosku, że polska wersja tej nieskomplikowanej potrawy jest smaczniejsza.

Nie ma to jak biwak w pokoju

Nie ma to jak biwak w pokoju

Następnego dnia planujemy trochę pochodzić z rana i zobaczyć wreszcie wulkan. Pogoda nam sprzyja – jest słońce i piękne widoczki.

Z lewej Monte Negro, z Prawej Pico de Orizaba

Z lewej Monte Negro, z Prawej Pico de Orizaba

Tu jest ciepło, a tam zimno

Tu jest ciepło, a tam zimno

Idziemy do wsi Texmalaquia i już po chwili łapie nas autostop. Dokładnie tak, nie my jego, a on nas. Wskakujemy na pakę i pan dowozi nas do wioski.

Autostop

Autostop

Ruszamy dalej, pnąc się pod górę i podwózkę oferuje nam kolejna osoba. Jedziemy wprost na przełęcz! Rano pogodziliśmy się z myślą, że tam na pewno nie dojdziemy, a tu proszę, samochód tak po prostu nas podrzuca. Gdy się zatrzymujemy, okazuje się, że podwoziła nas telewizja z Veracruz wraz z przedstawicielem parku narodowego. Na tle ośnieżonego szczytu zostajemy poinstruowani o zasadach bezpieczeństwa oraz udzielamy wywiadu, po czym następuje kilka pamiątkowych zdjęć.

Przełęcz między Monte Negro a Pico de Orizaba

Przełęcz między Monte Negro a Pico de Orizaba

Pierwotnie tu planowaliśmy nocleg

Pierwotnie tu planowaliśmy nocleg – 4 100 m n.p.m.

Gratulujemy sobie, że nie przyszliśmy tu z namiotem, bo choć słońce w pełni, to strasznie zimno i podobno są węże, choć żadnego nie spotkaliśmy. Pomału schodzimy w dół i chyba się starzeję (Ania), bo nie wsiadło mi na ambicję, że wjechaliśmy samochodem zamiast w pocie czoła jak te ślimaczki z plecakami iść do góry. Idziemy przez malownicze lasy, a ciężkie, deszczowe chmury depczą nam po piętach. pico12

Owce idą...

Owce idą…

Z wioski zaczepia nas kolejna podwózka i wracamy do miasteczka, w sam raz, żeby zobaczyć, że tam naprawdę nic się nie dzieje i zdążyć przed burzą.

W samo południe - tu naprawdę nic się nie dzieje

W samo południe – tu naprawdę nic się nie dzieje

Choć trekking nie wyszedł, to fajnie było znaleźć się w tak odosobnionych miejscach i doświadczyć ludzkiej życzliwości, spokoju i zwykłej codzienności.  W sennym miasteczku, z opustoszałym rynkiem, świetnie można odpocząć od miejskiego zgiełku. Nawet, jeśli jego najciekawszą atrakcją była, umiejscowiona na pobliskim wzgórzu, rzeźba Jezusa z piorunochronem rozkładającego czule ręce, jakby chciał wziąć w objęcia swoje małe miasteczko.

Jezus ze wzgórza bierze pioruny na klatę.

Jezus ze wzgórza bierze pioruny na klatę.

Więcej zdjęć w galerii:

4 uwagi do wpisu “Pico de Orizaba, czyli o tym, jak nic nie zdobyliśmy, ale i tak było fajnie.

    • Oj tam, miesiąc wcześniej mieli święto patrona wioski, to chorągiewki cały czas wisiały na ulicach. A poza owcami, kozy też chodzą i przyjeżdża sklep obwoźny z odzieżą koło południa. Nie jest tak źle 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s