Pico de Orizaba, czyli o tym, jak nic nie zdobyliśmy, ale i tak było fajnie.

Pico de Orizaba, zwany też Citlaltépetl – wulkan i zarazem najwyższa góra Meksyku. Osiąga wysokość 5 636 m n.p.m. Przy dobrej pogodzie widać go z oddalonego o jakieś 120 km Veracruz. To wprost niesamowite, jak się teren wypiętrza na tak krótkim odcinku. Postanowiliśmy zobaczyć osobiście… Znacie takie powiedzenie, jak człowiek chce rozśmieszyć Boga, to robi plany? Czytaj dalej

Veracruz i okolice, czyli animales i murales

Veracruz – duże, portowe i w sumie dość nieciekawe miasto położone nad Zatoką Meksykańską. Niewielki, ale zadbany główny plac wraz z katedrą i deptakiem, otoczony przez chaos i brzydotę nowszych budynków. Miasto sprawia wrażenie raczej zaniedbanego i nie przypadło nam do gustu. To, co jednak uratowało naszą wizytę, to było akwarium i to jakie! Zaczęło się dość oryginalnie, jak na akwarium, bo pierwsza była sala z papugami i tukanami, a następnie wszelkiej maści stwory wodne, małe, duże, płaskie, groźne, grube, kolorowe i albinosy. Czytaj dalej

Lord Ślimak i Lew w Meridzie

Wreszcie poczuliśmy, że jesteśmy w Meksyku – tradycyjna, kolonialna zabudowa, wielki targ, na którym pod gołym niebem przygotowuje się tortas, burritas i inne przekąski, a na głównym placu grała orkiestra i występował zespół prezentujący regionalne stroje i tańce. A po występie, na scenę zaczęły wchodzić pary z widowni i rozpoczął się dansing pod chmurką. Nie, to nie przedstawienie dla turystów – to po prostu niedziela w Meridzie. Czytaj dalej

Chichen Itza – Miasto Bogów i Juego de Pelota

Teren jest ogromny, próbujemy sobie wyobrazić jak wyglądało życie codzienne w tym mieście w szczycie jego rozwoju. W centralnym miejscu, stoi monumentalna piramida, El Castillo, ze schodami z czterech stron. Od północnej strony zdobione są gigantycznymi wężami, których kamienne łby ciężko spoczywają na trawie. Wyglądają jak giganty, które zsunęły się z nieba, a teraz zastygły w bezruchu. Uosabiały Kukulkana, stworzyciela świata, władcy żywiołów, który symbolizował też odrodzenie. Według legendy Kukulkan odpłynął na wschód i powróci przed końcem świata, póki co te kamienne monstra strzegą świątyni, czekając na jego powrót. Czytaj dalej

Ek’ Balam i Valladolid

Z końcem czerwca przylecieliśmy (tym razem bez opóźnień) do Meksyku choć samolot trząsł się i trzeszczał, szczęśliwie zlądowaliśmy w Cancun i tu dopiero zaczęły się schody. Jest zasadnicza różnica w traktowaniu podróżnego przybywającego z Europy, a tego, co przylatuje z Hawany. Po serii pytań po co byliśmy na Kubie, po co jedziemy do Meksyku (i czy musimy), dlaczego nie mamy biletu powrotnego i ile mamy pieniędzy, wreszcie po demonstracji kart płatniczych i kredytowych personel lotniska wpuścił nas na terytorium kraju. Po krótkim odpoczynku w Puerta Morelas i nacieszeniu się Internetem ruszyliśmy tropem cywilizacji Majów. Pierwsze ruiny, Ek’ Balam dostarczyły nam nieco ekstremalnych wrażeń. Ale po kolei… Czytaj dalej

Pożegnanie z Kubą

Żadne z dotychczas odwiedzonych przez nas miejsc nie wzbudziło w nas tyle emocji, co Kuba. Początkowe obawy, że samolot spadnie do morza (nie spadł, był tylko opóźniony o 8 godzin), na lotnisku zrobią nam przesłuchanie (o coś pytali, ale nie rozumieliśmy o co i przy piątym powtórzeniu machnęli ręką), a na każdym kroku policjant będzie chciał nas legitymować zupełnie się nie potwierdziły (legitymowali tylko w kantorach, przy zakupie biletów autobusowych, w miejscach noclegu i przy wypożyczaniu rowerów w oficjalnej wypożyczalni, ale policjanci nigdy). Czytaj dalej

Zielono mi… Viñales

Po dusznej Hawanie przenieśliśmy się do zielonego raju. Mowa o dolinie Viñales, którą okalają pagórki o śmiesznie spłaszczonych szczytach. Okolica była bardzo malownicza – niewielkie wioseczki, uprawy tytoniu, kawy i bananów i dużo koni, które w wielu wioskach są jednym z głównych środków transportu. Mnie (Anię) zachwyciło połączenie palm z górami – dość oryginalne połączenie z perspektywy polskiej. Nie zwlekając długo wypożyczyliśmy rowery, by lepiej poznać okolicę. Idealne miejsce na piesze i rowerowe włóczęgi.  Co tu dużo mówić – spokój, cisza, zielono i pełen relaks. Czytaj dalej

Topes de Collantes

Topes de Collantes (góry Escambray)  są osiągalne jedynie dla bardzo sprawnych kolarzy na bardzo sprawnych rowerach górskich, a o nie to ciężko na Kubie. Jedziemy taksówką, która wiekiem zdaje się być bardziej zbliżona do Piotra niż do mnie, w połowie drogi (czyli po 9km) robimy postój, aby kierowca mógł dolać wody pod maskę i schłodzić silnik, chwila wietrzenia i już możemy jechać dalej.

Czytaj dalej